O małpce i koliberku

Koliberek Gustaw prawie zderzył się ze spadającą skórką od banana. “Ej, proszę uważaj, gdzie wyrzucasz resztki. Cały dzień fruwają tu skórki, tylko jesz banany…” Małpka, zatrzymała się w obieraniu następnego owoca. Chwilę zatrzymała wzork na koliberku, co nie jest proste, na kimś, kto jest ciągle w ruchu i po namyśle dodała. “Zdradzę Ci sekret. Muszę jeść banany. Dzięki temu, słońce świeci w ciągu dnia. To stara małpia tradycja. Dawno, dawno temu król Małp odkrył, że gdy zaczynał jeść rano banany wschodziło słońce. I dopóki jadł, aż do momentu snu, zawsze świeciło słońce. Dlatego wszystkie małpy kontuują ten rytuał… aby słońce nie zgasło przedwcześnie. To nasz dżunglowy obowiązek.” – zakończyła Małpka.

Małpia baśń wprawiła koliberka Gucia w zachwyt. Z wrażenia, nawet zatrzymał się na chwilę. Westchnął i pomyślał, że fajnie robić takie ważne rzeczy. Zamyślony odleciał w poszukiwaniu nektaru… I kiedy leciał dumając nad słowami Małpki, znalazł się nad ogromną pustą polaną. Czuł wielką przestrzeń, i siłę swoich małych skrzydeł. Machały, ile mogły, energicznie i wytrwale. Ale ze spokojem. Zerknął zamyślony w dół na polanę i zobaczył cienie chmur… były wyraźne i wyglądały, jak wielkie babeczki. Poruszały się powoli w przód… i za każdym razem, gdy koliberek zrobił kilkadziesiąt ruchów skrzydłami, chmury przesunęły się do przodu… wtedy Gustaw pomyślał, że to może dzięki wysiłkowi jego skrzydeł, chmury sunął po niebie. Zatrzepotał silniej, chmury przesunęły się dalej. Uśmiechnął się, do tej myśli. Może i on znalazł swoją baśń?

 

Małpią legendę zapożyczyłam od Brian Patten “Słoń i kwiat”, która natchnęła mnie do stworzenia takiego zgrabnego opowiadania. 

 

Audio

O złotej rybce, no niebiesko-złotej. 

Zoo dla Zosieńki to miejsce pełne zaskoczeń. Ale, taaaaaaaakiej przygody, to wogóle się nie spodziewała. Dziś, to przecież Ona spełniła życzenie złotej rybki. No, niebiesko-złotej. Ale, ale… po kolei. 

Wszystko zaczęło się w akwarium. Jest tu dużo fajnych, morskich zwierzątek i dziewczynka lubiła je odwiedzać: jest ośmiornica, jest konik morski, jest rekin, mors, foka, są delfiny, pingwiny, krab, ukwiały i różne, różne rybki: są skalary, welonki, pokolce żółte, idolek, chetonik addis, pygoplites diacanthus nazywamy przez Zosie Pygo.. i to jego lamentującego spotkała dziś Zosia. A wcale nie jest prosto dostrzec płaczącą rybkę. Łzy mieszają się z wodą i trzeba być naprawdę spostrzegawczym, by dostrzec te malutkie bąbelki przy oku. Dziewczynka przystanęła i coś jej nie pasowało dziś w zachowaniu Pygo. “Co się stało” – zapytała. “Słyszałem wczoraj opowieści… o podniebnych lotach, o szybowaniu wysoooooko ponad ziemią, o wietrze, który unosi i… ja chcę latać. Buuuuuuuuuu!” – buczała rybka. Zosia stała zdziwiona. Ryba chce latać? Co za odważne marzenie! “Buuuuuuuu! – płakał dalej Pygo. – Całe życie w wodzie, nie znam waszego świata, ponad taflą wody… a co dopiero, być ptakiem…skoro jestem rybą?” – żaliła się rybka… Była naprawdę bardzo smutna… Muszę spełnić jej marzenie. Tak. Dziewczynka chwilę zamknęła oczy i gdy otworzyła uśmiechnęła się szeroko: “aha. Zrobimy tak!” Wyszukała foliówkę w torbie (wiedziała, że foliówki to straszne śmieci), ale tym razem cieszyła się, że się zapodziała, gdzieś w jej plecaczku. Ze słoikiem byłoby gorzej. Jednym ruchem nabrała wody z akwarium i wraz wodą Pygo znalazł się w owej foliówce. “A teraz… Leciiiiiimy!” Ziuuuu. I Zosia wybiegła przed budynek prosto na świeże powietrze, uniosła wysoko zakręcony worek z wodą i zaczęła z nim biegać pokazując rybce świat poza taflą wody… Weszła z nią na drzewo, aby być jeszcze wyżej, wdrapała się na dach budynku (Brawo Zosiu!) i nawet zabrała ją lotem balonem… blisko chmur, ponad drzewa. Pygo – nasza złota, hmm niebiesko-złota rybka była N A J S Z C Z Ę Ś L I W S Z A pod słońcem i w końcu też nad wodą. Frunęła! Była blisko słońca. Poznała rodzinkę niedźwiedzi, rysia, kangura, pandę, zebrę, lamę, wiewiórkę, lisa, jeża i jeszcze wiele innych zwierząt. Gdy wróciła do swojego akwarium, pomyślała, że dobrze mieć marzenia, a jeszcze lepiej je spełniać. A Ty Zosiu, jakie masz marzenie? Dobranoc złota.

Audio

O śmiejącym się słupie.

“Nie mogę się spóźnić. Aj, aj, aj!” lamentował żółw Gustaw tuptając w swoim tempie do przodu. Żółw spieszył się na przyjęcie do przyjaciela. Noga, za noga. Znał drogę bardzo dobrze i wiedział, że jeśli nie zwolni, zdaży na czas. Tup, tup.. i nagle… łup. Odbił się od czegoś z hukiem. “Ach! Co to? Co to, to stoi? Słup? Szary, duży słup na środku ścieżki? Może to słup ze znakiem, może z lampą, a może drogowy?” Gustaw postanowił go przepchać, bo akurat ktoś, niezbyt mądry, postawił go na środku ścieżki. A tu przejścia brak. No coś podobnego. Wytężył się i napiął skorupę… Słup ani drgnął. Spróbował ponownie. “Cha cha cha!” Usłyszał żółw. A to co? Śmiech? Żółwik uznał, że się przesłyszał i wrócił do przesuwania słupa. Naprężył się i zaparł… muszę zrobić przejście. “Ha! ha! ha!” Znów dało się słyszeć. Żółw zatrzymał się i zaczął zastanawiać, co tu się wyprawia… Gadający słup? Jak to możliwe? “Hi hi hi hi!” Teraz śmiech był wyraźny i głośny. “Hi hi hi hi, kto, hi, hi, mnie łaskocze?” – usłyszał Gustaw. Żółw stał zaskoczony. Aż mu skorupką stanałą dęba. W swoim życiu nie spotkał gadającego szarego słupa… A tu wyraźnie słup zaczął się ruszać i śmiać. To dziwne. Kto mnie łaskocze – zapytał głos nad głową żółwia… a za głosem pojawiła się… wąska trąba, duże uszy i białe kły. “Pan Słoń!” – krzyknął Gustaw!… “Ha ha ha ha ha, hi hi hi hi hi hi hi” – teraz on zaczął się donośnie śmiać, i aż o mało, nie przewrócił się na skorupkę! Ale się pomylił Pan Żółw! Co za pomyłka. Słup to noga. Ale nic dziwnego, bo gdy się jest tak małym to nogi słonia można wziąć za słupy… śmiejący słup do tego. “Czy I ty idziesz na urodziny?” Podpytał nieśmiało żółw Gustaw. “Tak. Idziemy razem?” – odparł słoń. I ruszyli. Bo co osiem nóg to nie cztery.

foto. instagram @mama_braci_bukowskich

 

Audio

O smutnej chmurce. 

Może Ty słyszałeś czasami cichutkie płaczki małej chmurki? Bo napewno nie słyszał ich, ani pies sąsiadów, ani ludzie w Krainie. Nikt nie zauważał małego obłoczka. Może dlatego, że owa chmurka nie jest taką ogromną, by wzbudzać ciarki i lęk, i nie jest taka małą, by być finezyjną. W każdym razie chmurka czuła się niezauważona i bez przyjaciela. I owa chmurka marzyła, by ktoś się z nią w końcu pobawił. Nawet, gdy popłakiwała i padał lekki deszcz, nikt sobie z tego nic nie robił. Nikt? Ani pan Kazimierz sprzedawca warzyw i owoców, ani ekscentryczny jegomość szukający morza, ani nawet ufoludek, taki ciekawy Krainy. Nikt. Do czasu. Bo któregoś dnia, pod chmurką zaparkowało auto. Autko poczuło łzy chmurki. Może dlatego, że nie miało dachu. A może dlatego, że zwiedziło kawał świata i ciekawość, i otwarta głowa (tfu. dach) to była jego natura. Co sie stało – zapytało auto? Tęsknie za towarzystwem. Chciałabym się z kimś pobawić – odparła przez łzy chmurka. Wszyscy sa tacy zabiegani na ziemi. Autko zamyśliło się, przymknęło reflektory. Dumało. Mam! Pobawimy się w berka! Ale jak? – zdziwiła się chmurka, która była wysoko na niebie, a autko na ziemi. To będzie inny berek. – tajemniczo zaczęło auto. Berek cieni. Będę gonić Twój cień. I tak zaczęła się wspaniała zabawa autka z chmurka. I tak się zaczęła ich przyjaźń. I zabawa w Krainie.

Audio

O zaspanych dinozaurach.

On z muszka elegancki tata. Ona z piękna opaska z kryza mama. Oboje z wielkimi serduchami całymi dla właśnie wyklutego jajka. Rodzice opiekowali się przyszłym dinusiem, ogrzewali go na zmianę swoimi brzuszkami, głaskali łapami i tulili się do niego. Wyczekiwali pierwszego pęknięcia skorupki. Czekali, czekali i… przysnęli. Jak to młodzi rodzice. Wiecie dobrze, że każdemu się zdarzy. Na chwilunie zmrużyli oko. I bach. Sen. Gdy wypoczęci podnieśli zlepione powieki – od razu zamarli z przestrachu. Jajo znikło. Ach!!!! Łzy i płaczki. Wyruszyli zatem na poszukiwanie potomka… od razu. Ooooooooo! Nie martwcie się. To nie dziś będzie o niebezpiecznych przygodach tych dwojga jaszczurów. Bo… jajo leżało spokojnie za skała… niedaleko, a obok… rozczochrana dziewczynka z dwoma warkoczami kopała dół łopata – Co robisz? ze zdziwieniem wysapał tata. – Uwielbiam kopać i chodzę po świecie z łopatką… zawsze się znajdzie ktoś kto potrzebuje mojej pomocy. Gdy szłam, naglę przyturlało się jajo i i i tuuuuuuuuuuurlałoby dalej… lecz zatrzymałam go i kopię dla niego kojec. Taki dół kojec – odparła dziewczynka – Świetny pomysł! – krzyknęli Oni! W trójkę to szło kopanie! A dół musiał być spory, bo jajka dinozaurów są niczego sobie i zanim zastał ich zmierzch nowe łóżeczko dla dino-malucha było gotowe. Przesunęli jajo… i teraz pozostało czekać Tym razem jednak czuwali na zmianę, jak to z rodzicami bywa raz dino – mama, raz dino – tata… a dziewczynka poszła dalej w świat, bo to była taka księżniczka, co jeszcze nie jeden dołek wykopie, bo kopanie łopatką to najfajniejsza rzecz.

Audio

Podziel się bajką

Wymyśliliście swoje fascynujące opowiadania lub zabawy? Zachęcam do pokazania ich w social mediach. Oznacz nas #hahamatywyszukiwanki, #storytellingdlarodzicow lub #dziecinstwozwyobraznia a napewno podamy to dalej w świat. Dziękuję, że inspirujesz inne Rodziny.